środa, 26 kwietnia 2017

Moje Drogie Ziomeczki,

Dzisiaj, wyjątkowo, chciałabym poruszyć tu pewną, ważną kwestię, a mianowicie zwrócić uwagę na to, co się często w internecie odkasztania względem twórców różnych ilustracji, zdjęć, czy innego typu kreatywnego kontentu. Chodzi o łamanie praw autorskich.
Od samego początku mojej działalności w internecie stykam się z tym problemem, jednak o ile z początku akcje tego typu były dość łatwe do zignorowania z racji tego, że grono odbiorców moich ilustracji było bardzo wąskie, co się przekładało również na ilość przywłaszczających ich sobie chytrusków, tak teraz (mimo iż do poziomu Rihanny wciąż brakuje mi około 82 milionów lajków) ciężko jest mi już ignorować ilość podkradania sobie moich prac, czy - o zgrozo! - ingerowania w ich formę. Postanowiłam więc uświadomić wszystkich tych, którzy śledzą moje poczynania na tym fanpejdżu, w tym kiedy korzystanie/rozpowszechnianie z cudzych treści w internecie jest spoko, a kiedy nie.
Zacznijmy od przypadku, który powtarza się najczęściej. Powiedzmy sobie, że pewien Zygmunt z Lubomierza zobaczył gdzieś na fejsbuku śmieszny obrazek. Zapisał go sobie na dysku, po czym wrzucił na fanpejdż swojej firmy "Ja ze szwagrem". Lajki spłynęły, a w komentarzach ludzie nie stronili od wyrazów uciechy. Wszystko to wygląda całkiem niewinnie, prawda?
A właśnie, że nieprawda, bo wygląda jednak na to, że rumiany Zygmunt z Lubomierza jest złodziejem i podążając za moim scenariuszem - kończy na dożywociu w Alkatraz, jego szwagier nie radząc sobie z prowadzeniem firmy doprowadza ją do bankructwa, przez co cała rodzina ląduje na skraju nędzy i zamieszkuje gdzieś pod mostem, w pudełku po butach.
Wrzucanie gdziekolwiek czyjejś pracy bez wiedzy i zgody autora, na dodatek bez podania linka do źródła NIE JEST SPOKO. Nawet jeśli na pracy widnieje sygnatura autora/nazwa jego bloga.
Co więc powinien zrobić Zygmunt, by jego działania były całkowicie legalne i przyjazne twórcy?
W momencie znalezienia na facebooku śmiesznego obrazka powinien upewnić się, że znajduje się on na stronie jego autora. Potem klika przycisk UDOSTĘPNIJ i nagle na stronie "Ja ze szwagrem" pojawia się całkowicie legalny post, jego rodzina nadal żyje w dostatku i radości, a gdzieśtam po drugiej stronie internetu autor obrazka roni pojedyńczą łzę wzruszenia poszanowaniem jego pracy.
Powinnam również wspomnieć o przypadku pewnej Aliny z Kościerzyny. Alina postanowiła założyć bloga, przy czym uznała, że warto by było zadbać o jego oprawę graficzną. Wpisała więc w Google odpowiednie wybranej przez nią tematyce hasło, po czym zaczęła przyozdabiać swoją stronę znalezionymi tam grafikami, często umieszczając na nich tytuł swojego bloga. Wszystko wyglądało elegancko, a blog po niedługim czasie zyskał całkiem imponującą popularność. Brzmi fajnie?
Nie do końca, bo tacy ludzie jak Alina z Kościerzyny zazwyczaj kończą w ósmym kręgu piekielnym Dantego. Ingerowanie w treść cudzej pracy i upublicznianie jej bez wyraźnej zgody autora NIE JEST SPOKO.
Co więc powinna zrobić Alina, by uchronić się przed widłami lubującego się w internetowych złodziejaszkach biesa?
Powinna odłożyć trochę hajsu, po czym zapytać wybranego przez siebie grafika/ilustratora, czy nie zajmie się oprawą wizualną jej bloga. Zyskuje na tym zupełnie unikatową szatę graficzną i poczucie działania fair wobec artysty. A jeśli Alina sama wykazuje się jakimiś zdolnościami, mogłaby popracować nad grafikami we własnym zakresie. Koniec końców jej blog wygląda wystrzałowo, a artysta za zarobione dzięki niej pieniądze może sobie pozwolić na trzydniowe wakacje w Zgierzu.
Kolejnym przypadkiem jest Jagoda z Opola, która ujrzawszy w internecie ilustrację, która ją bezmiar wzruszyła postanowiła sobie ją wydrukować, powiesić nad łóżkiem, umieścić jako tapetę na telefonie i nadrukować na koszulce.
Działania Jagody SĄ SPOKO. Korzystanie z dostępnych w internecie treści we własnym zakresie jest całkowicie legalne. Jedyną rzeczą, której Jagoda nie może robić jest sprzedawanie rzeczy, na których widnieje praca, która nie należy do niej.
Wiedza z zakresu prawa autorskiego, mimo iż niektórym wydaje się ona dość oczywista, nie dotarła do znacznej części internetowego podwórka (co chociażby potwierdza polityka takich stron jak Kwejk). Jest to poniekąd zrozumiałe, gdyż mało się o tym mówi w szkołach, dlatego dość ważnym wydaje mi się szerzenie tych niespecjalnie skomplikowanych informacji.
W każdym razie kończąc mój wyjątkowo długi wywód chciałabym z całego serca podziękować wszystkim, którzy są na tyle mili, by szanować pracę moją i innych artystów publikujących się w internecie. Chciałabym również zachęcić Was do zgłaszania nielegalnie publikowanych prac i - w ramach mozliwości - kontaktowania się z autorami, kiedy podejrzewacie, że ich prawa zostały naruszone.
Dziękuję również wszystkim, którzy byli w stanie przebrnąć przez moje grafomaństwo.
Pozdrawiam cieplutko,
Wasza Dixie
P.S. Jeśli macie jakieś pytania, to śmiało walcie w komentarzach.

niedziela, 8 stycznia 2017

Zostawcie Tytanika, go nawet nie ma na tym obrazku.


Jeszcze nie tak dawno temu rysowanie ilustracji z tłem wydawało mi się całkiem sporym wyzwaniem. Narysowanie ilustracji wielofigurowej zdawało się nieść przyjemność równie wielką jak ta odczuwana przy procesie wydalania kamienia nerkowego. Narysowanie ilustracji wielofigurowej z tłem stanowiło za to w mojej głowie jedynie wizję drogi przez mękę. Drogi pokonywanej Tytanikiem - w końcu wszyscy wiemy, że tam na końcu rysownik umiera.
Na szczęście sposób myślenia o rysowaniu się w moim przypadku dość znacznie zmienił, od czasu w którym miałam tu w zwyczaju regularnie zamieszczać posty. Przestało mnie zadowalać rysowanie tych gównianych Paulinek, jakichś wykoślawionych portretów i wielkookich, śliczniutkich dziewczynek, wyglądających trochę jak hybryda disneyowskiej księżniczki i Felera Lumpeksa. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jestem już dojrzałą artystką (heheh) i nie straszne mnie już siedzenie nad tabletem i dłubanie ilustracji przez wiele godzin, pozwalając by moja szanowna pupa wrastała w krzesło, oczy wykręcały się na lewą stronę, a nadwyrężana od rysowania ręka miała ochotę odczepić się od mojego ciała i zasadzić mi fangę w nos. W końcu Jan Matejko też tworzył całkiem spore obrazy i nikt jakoś nie słyszał by marudził z tego powodu.
Tak czy siak, zmorzona lekkim przeziębieniem, uznałam że spędzenie całego dnia rysując brzmi jak całkiem dobry plan. Nie miałam jednak jakiegoś konkretnego pomysłu, więc jak za każdym razem, kiedy moja kreatywność mnie zawodzi zaczynam rysować fanarty do Czarodziejek z Księżyca.
Po naszkicowaniu ilustracji i zrobienia roboczego lineartu, w mojej głowie zaczęły kiełkować pomysły do innych prac, które szybciutko zapisałam w moim szkicowniku (w końcu najczęściej pomysły przychodzą do mnie podczas pracy), po czym porzuciłam to księżycowe przedsięwzięcie na kilka dni.
Nie należę do tego typu ludzi, którzy swoją zaczętą pracę - jakkolwiek kasztańska by nie była - potrafią beztrosko porzucić, dlatego mimo iż czułam potrzebę zilustrowania kolejnego, wymyślonego przeze mnie suchara, postanowiłam najpierw poświęcić weekend na dokończenie moich Czarodziejek. Zaczęłam od pimpowania lineartu, który po tych kilku dniach przestał mi się podobać. Głównym problemem dla mnie były włosy. 
Ja wiem, rysowanie stóp i dłoni jest jak przeprawa przez Śródziemie, ale tym razem to włosy były przyczyną mojego zwątpienia w słuszność zawodu, którego się podjęłam. Próby transformacji grzywki Sailor Mars z paczki frytek z maka na swobodnie opadające na czoło pukle doprowadziły mnie do głębokiej depresji. Na szczęście przypomniała mi się niezawodna rada, którą słychać za każdym razem, kiedy ktoś wspomni, że mu źle na duszy - by wziąć się do roboty. No to się wzięłam, co nie.
 Wzięłam się i zamiast spędzić wczorajszy wieczór gdzieśtam na densflorze, siedziałam w domu rysując, słuchając rapsów i wyobrażając sobie, że jestem jednak trochę bardziej cool. Efekt tego wszystkiego znaleźć możecie poniżej:
To jednak nie było jeszcze to. Brakowało mi tutaj tła. Ten Titanic nie byłby prawdziwym Tytanikiem, gdyby nie złamał się na pół tonąc i gdyby rysownik, wielki artysta Leonardo DiCaprio nie skończył swojego tragicznego żywota pod taflą lodowatej wody. 
No więc dorysowałam jeszcze dzisiaj tło i voila! Koniec filmu, rolka z napisami poszła, no i chyba nie ma jednak aż takiej tragedii.