czwartek, 12 września 2013

Koszmar z ulicy Wiązów

Zawsze byłam trzęsiportkiem – mimo to byłam zdolna pokochać kino grozy i fundować sobie od czasu do czasu koszmary, osiusiane ze strachu majtki i nieprzespane noce.
W dzieciństwie, pod nieobecność rodziców, obejrzałam sobie fragmenty Egzorcysty Friedkina z 1973 roku. Tym samym zwichrowałam sobie psychikę i leczę się do tej pory. *hehe żarcik*
Pamiętam, że tak bardzo się wystraszyłam, że nie mogłam spać kilka nocy pod rząd. Parę lat później, gdy ktoś głupi wysłał mi wyjca z twarzą tej opętanej dziewczynki, to dostałam zawału i palpitacji wszystkich organów wewnętrznych. Wykręcało mnie na lewą stronę za każdym razem, na samo wspomnienie tego filmu.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym pozwoliła zatriumfować mojemu długo pielęgnowanemu lękowi. Wiedziałam, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym będę musiała stawić czoła demonom przeszłości.
Umówiłam się więc z moimi przyjaciółkami, by najbliższej nocy obejrzeć Egzorcystę i postarać się nie umrzeć z przerażenia. 
Misja zakończyła się sukcesem. Wcale nie było tak źle! Straszna japa tej dziewczynki przestała robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Nie wiem czy to zasługa tego, że po prostu wyrosłam ze swojego strachu, tego, że pomagały mi z nim walczyć dwie zaufane osoby, czy że pod wpływem wody z odparowanych zwłok króla Sobieskiego zrobiłyśmy sobie pauzę w trakcie filmu, by potańczyć do piosenek Abby.

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ja gdybym nawet wlała w siebie beczkę wódki ( co pewnie swoją drogą skończyłoby się zgonem) nie dałabym rady obejrzeć jakiegoś horroru. Wszelkie próby kończą się gapieniem w sufit i udawaniem przed innymi, że patrze na ekran.
Blog naprawdę cudowny !
Pozdrawiam
Laura

Prześlij komentarz