sobota, 3 lipca 2010

Starcie z gigantem część 4 (i mam nadzieję, że ostatnia).

Mam nadzieję, że kojarzycie to:

Tak jak już wspominałam kiedyśtam, postanowiłam zmienić plażę na ogród, lecz przez ten czas, w którym ów obraz leżał w koncie z innymi obrazami, to przestało mi się w sumie w nim podobać wszystko. Postanowiłam zrobić mu ekstremalną metamorfozę, początkowo dramatyczną w skutkach.
Co do włosów, to rozwodziłam się już nad nimi sto lat, ale jednak to nie to i postanowiłam zmienić je na brązowe, proste, z grzywką. Jej twarz za to za bardzo wyrażała tęsknotę za rozumem (brakowało tylko cieknącej kącikiem ust śliny), więc ona również zasługiwała na poprawkę.
...'poprawkę' (?!).
Hahaha...rzal. W tym momencie myślałam, że się załamię, więc zamalowałam twarz w cholerę zostawiłam resztę na dzień następny.

Dnia następnego, jak widać, nie prezentowało się to o wiele lepiej, nawet po kolejnej drastycznej zmianie. Moją ofiarą znowu padły włosy. Tym razem stały się blond włosami.
Postanowiłam, że takie już zostaną i zajęłam się twarzą. Moim zdaniem teraz wygląda sympatyczniej.
W końcu zaczęłam robić jakieś postępy i ruszyłam się z miejsca. Mimo, że spędziłam przy sztaludze już sto milionów lat, to postanowiłam to dokończyć, chociażbym miała stać tam jeszcze przez kolejne sto milionów lat. Wzięłam się więc od razu za tworzenie ogrodu.


Chyba to nadal nie jest spełnienie moich marzeń. Niech poleży to u mnie jeszcze prze sto lat, może wtedy zrobię z niej łysą murzynkę z korzeniami azjatyckimi, a w tle roztapiające się lodowce i tańczącą fokę przebraną za Elvisa.

Buziaki.

EDIT: teraz tak myślę, że chyba jednak ten obraz jest BEZNADZIEJNY. Nie podoba mi się.

1 komentarze:

Monika pisze...

ooo... podziwiam... ja bym się na takie coś nie odważyła...;)

Prześlij komentarz