środa, 17 marca 2010

The best of Fryderyk Chopin


Dziś nie poszłam do szkoły, by rozwijać się twórczo. Mój pokój prześmiardł farbami, wala się po nim tyle kartek i różnych odpadów artystycznych, że ledwo znalazłam biurko. W każdym razie przez kilka godzin malowałam, czeka mnie jeszcze powtórka z gotyku i wyjście wieczorem. Nie chce mi się... *dzień leniuszka* Poza tym próbowałam swoich sił w temacie THE FRYDERYK SZOPEN. O masakro, kojarzy mi się on tylko i wyłącznie z fortepianem i muzyką klasyczną, więc nie wymyślę chyba już nic oryginalnego, a do piątku muszę oddać pracę (chyba, że pojadę po bandzie i zaniosę to popartowe gówienko, co widnieje na górze, hyhyh).
Miałam od dzisiaj zacząć moją oczyszczającą organizm superzdrową dietę-cót. Niestety moje pierwotne instynkty pokierowały mnie do szafki ze słodyczami, więc na śniadanie i obiad pochłonęłam już miliondwieściestotysięcy ton czekolady. Mam chyba bardzo słabą silną wolę, ale trzeba nauczyć się dostrzegać dobre strony tego wszystkiego. Przynajmniej nie wyglądam jak ta pani, o której piszą na papilocie, mimo, że prawdopodobnie również pochłaniam 12 tysięcy kalorii dziennie.
Na zakończenie mojego wyjątkowego bełkotu dodam, że rozważam zamknięcie się w kapsule, w której mnie zamrożą i wypuszczą dopiero wtedy, gdy będę drogocennym żywym eksponatem historycznym, bo MAM DOŚĆ UCZENIA SIĘ DO MATURY.
Buziaki.

0 komentarze:

Prześlij komentarz