czwartek, 25 lutego 2010

Poprawianki część 2.


Uwielbiam Twiggy. Kocham jej twarz, w szczególności na tym zdjęciu. Malowałam/rysowałam ją już milion razy. Stałam się przez nią monotematyczna i nudna, bo jej gęba (mimo tego, że teraz stara i pomarszczona, to nadal ją lubię) jest na tyle specyficzna, że łatwo się ją rysuje. Powiedzmy. Tak mi się przynajmniej wydawało. W każdym razie jakieś trzy miesiące temu postanowiłam namalować ją jeszcze raz (!). Nie wyszło. Z resztą macie:


Jako, że jestem głupia i kupuje sobie podobrazia tonami, to potem to wszystko mi się wala po pokoju. Po ostatnich zakupach w plastycznym zdałam sobie sprawę, że nie mogę normalnie wyjść z mojego królestwa i nie potknąć się o jakiś obraz, tudzież czyste płótno. Zaczęłam bać się o moje życie (przecież mogłam się wywalić i złamać kręgosłup, albo uderzyć się głową w kant szafki i dostać zawału mózgu) no i zaczęłam bawić się w poprawianki. Zamiast malować i odstawiać w kąt, zaczęłam poprawiać to co już namalowałam. Jak narazie ze skutkiem satysfakcjonującym, bo jeszcze niczego doszczętnie nie spieprzyłam. Tylko, że Twiggy, którą namalowałam przestała nią być. Ale to zabieg celowy, bo ileż można!


Dlaczego nie sprzedaję/nie oddaję komuś swoich obrazów, tylko czekam, aż zajmą mi całe mieszkanie? Bo to nie jest taka prosta sprawa, mili państwo. Ja jako dziecko z krainy tęczy i miliona serduszek po prostu nie potrafię. Zabrzmię jak głuptas (co nie jest nowością) i śmiem nawet stwierdzić, że moje obrazy są dla mnie jak dzieci. W każdym razie jutro chyba zabieram się za nowy. Wymiary podobrazia: kilometr na kilometr. Nie wiem co na tym namaluję. Chyba bitwę pod Grunwaldem -,-
Tęczowe całusy!

0 komentarze:

Prześlij komentarz