niedziela, 8 stycznia 2017

Zostawcie Tytanika, go nawet nie ma na tym obrazku.


Jeszcze nie tak dawno temu rysowanie ilustracji z tłem wydawało mi się całkiem sporym wyzwaniem. Narysowanie ilustracji wielofigurowej zdawało się nieść przyjemność równie wielką jak ta odczuwana przy procesie wydalania kamienia nerkowego. Narysowanie ilustracji wielofigurowej z tłem stanowiło za to w mojej głowie jedynie wizję drogi przez mękę. Drogi pokonywanej Tytanikiem - w końcu wszyscy wiemy, że tam na końcu rysownik umiera.
Na szczęście sposób myślenia o rysowaniu się w moim przypadku dość znacznie zmienił, od czasu w którym miałam tu w zwyczaju regularnie zamieszczać posty. Przestało mnie zadowalać rysowanie tych gównianych Paulinek, jakichś wykoślawionych portretów i wielkookich, śliczniutkich dziewczynek, wyglądających trochę jak hybryda disneyowskiej księżniczki i Felera Lumpeksa. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jestem już dojrzałą artystką (heheh) i nie straszne mnie już siedzenie nad tabletem i dłubanie ilustracji przez wiele godzin, pozwalając by moja szanowna pupa wrastała w krzesło, oczy wykręcały się na lewą stronę, a nadwyrężana od rysowania ręka miała ochotę odczepić się od mojego ciała i zasadzić mi fangę w nos. W końcu Jan Matejko też tworzył całkiem spore obrazy i nikt jakoś nie słyszał by marudził z tego powodu.
Tak czy siak, zmorzona lekkim przeziębieniem, uznałam że spędzenie całego dnia rysując brzmi jak całkiem dobry plan. Nie miałam jednak jakiegoś konkretnego pomysłu, więc jak za każdym razem, kiedy moja kreatywność mnie zawodzi zaczynam rysować fanarty do Czarodziejek z Księżyca.
Po naszkicowaniu ilustracji i zrobienia roboczego lineartu, w mojej głowie zaczęły kiełkować pomysły do innych prac, które szybciutko zapisałam w moim szkicowniku (w końcu najczęściej pomysły przychodzą do mnie podczas pracy), po czym porzuciłam to księżycowe przedsięwzięcie na kilka dni.
Nie należę do tego typu ludzi, którzy swoją zaczętą pracę - jakkolwiek kasztańska by nie była - potrafią beztrosko porzucić, dlatego mimo iż czułam potrzebę zilustrowania kolejnego, wymyślonego przeze mnie suchara, postanowiłam najpierw poświęcić weekend na dokończenie moich Czarodziejek. Zaczęłam od pimpowania lineartu, który po tych kilku dniach przestał mi się podobać. Głównym problemem dla mnie były włosy. 
Ja wiem, rysowanie stóp i dłoni jest jak przeprawa przez Śródziemie, ale tym razem to włosy były przyczyną mojego zwątpienia w słuszność zawodu, którego się podjęłam. Próby transformacji grzywki Sailor Mars z paczki frytek z maka na swobodnie opadające na czoło pukle doprowadziły mnie do głębokiej depresji. Na szczęście przypomniała mi się niezawodna rada, którą słychać za każdym razem, kiedy ktoś wspomni, że mu źle na duszy - by wziąć się do roboty. No to się wzięłam, co nie.
 Wzięłam się i zamiast spędzić wczorajszy wieczór gdzieśtam na densflorze, siedziałam w domu rysując, słuchając rapsów i wyobrażając sobie, że jestem jednak trochę bardziej cool. Efekt tego wszystkiego znaleźć możecie poniżej:
To jednak nie było jeszcze to. Brakowało mi tutaj tła. Ten Titanic nie byłby prawdziwym Tytanikiem, gdyby nie złamał się na pół tonąc i gdyby rysownik, wielki artysta Leonardo DiCaprio nie skończył swojego tragicznego żywota pod taflą lodowatej wody. 
No więc dorysowałam jeszcze dzisiaj tło i voila! Koniec filmu, rolka z napisami poszła, no i chyba nie ma jednak aż takiej tragedii.

niedziela, 25 grudnia 2016

Kopę lat!

   TYLE LAT upłynęło od momentu, kiedy zagościłam tu ostatni raz. TYLE LAT.
Podczas studiowania moich zapomnianych przez świat postów, czytania  uczelnianych anegdotek okraszonych rysunkami, których mój talent już nie pamięta (hehe) i konfrontacji z takim trochę powiewem obciachu, doszłam do wniosku, że zatęskniłam odrobinę za pisaniem komentarzy do mojej, wciąż nieco dość pokracznej twórczości. Zatęskniłam również za tym dreszczem emocji, który towarzyszył mi za każdym razem podczas klikania 'opublikuj', kiedy to przez moją głowę przemykały obawy wysuszenia całego Bałtyku swoimi sucharami.
   No więc wróciłam na łono blogowania, głównie ku mojej uciesze, ale też również i dla Was, moi wszyscy trzej liczni czytelnicy!
   Od maja roku 2014 zmieniło się dość sporo. Zrobiłam licka z historii sztuki, dostałam pracę w studiu animacji, a mój projekt parodiowania znanych dzieł sztuki znalazł swą kontynuację w animowanych gifach, które tworzę wraz z dwoma koleżankami z pracy: Anią i Dominiką. No i co chyba dość oczywiste - moje prace wyglądają nieco inaczej niż te, które tutaj zwykłam umieszczać przed laty. 

2015:

2016:
   W międzyczasie również rozpoczęłam i zawiesiłam/porzuciłam parę projektów, których nigdzie jeszcze nie pokazywałam i być może pochwale się nimi tutaj już wkrótce.
   Za to dzisiaj, jako że mamy dzień Bożego Narodzenia, chciałabym Wam życzyć Wesołych Świąt! Na tę okazję mam dla Was moją tegoroczną kartkę świąteczną, która w pełni oddaje klimat tych wyjątkowych dni, hehe.
    Jest to jednocześnie parodia dwóch autoportretów autorstwa *oczywiście* Vincenta Van Gogha - jednego 1887 i z 1889 roku. Vins się pewnie przewraca w grobie, za co gorąco przepraszam, Panie Malarzu Wybitny, ale nie żałuję.
   Jeśli jesteście ciekawi procesu powstawania tej ilustracji, kliknijcie tutaj, a ja po raz kolejny życzę Wam Wesołych Świąt i do następnego razu!

niedziela, 25 maja 2014

Kurde mol!


Dziś mam dla Was suchara, który być może wysuszy całą wodę z Bałtyku.
Korzystając z chwili wolnego czasu (która tak naprawdę nie powinna być moim wolnym czasem) przerysowałam Kurde Mola, gdyż te dwa słowa cisną mi się na usta dość często w ostatnim czasie, gdyż jak każdy student jestem ostatnimi czasy zrozpaczona nadchodzącym nawałem obowiązków, który zaburza moją sielankę. 
Kurde mol!*

* poprawną formą w mianowniku liczby pojedyńczej od mola jest nie mol, tylko mól.