Jak zapewne zdążyliście się domyślić - moje życie obfituje w niezliczoną ilość nieoczekiwanych przygód. Dzisiaj opowiem Wam o jednej z nich, która wydarzyła się wczoraj i odcisnęła się traumą na moim wrażliwym umyśle.
Siedząc na wykładzie i chłonąc wiedzę spływającą niczym deszcz łask wszelakich z ust prowadzącego, którego wiedza i częstotliwość wyrzucanych przez niego słów na sekundę wzbudza we mnie szczery podziw i jeszcze szczersze przerażenie, w pewnym momencie dostrzegłam dreptającego po ścianie, wielkiego i obrzydliwego pająka.
Dzieliły nas centymetry. W pierwszym odruchu chciałam zacząć krzyczeć, jednak przełknęłam swój strach i zaczęłam rozważać moje opcje. Pająk niebezpiecznie spuszczał się na swojej nitce i kilkukrotnie zakołysał się tak, jakby chciał wskoczyć na moją ławkę. W końcu skoro Spider Man z taką łatwością przeskakuje z budynku na budynek, to dlaczego niby pająk nie miałby posiadać umiejętności przeskoczenia kilku centymetrów?
Serce podskoczyło mi do gardła i zrobiło mi się słabo, gdy moja para oczu i jego kilka par oczu spotkały się w spojrzeniu godnym kowbojów w westernowych pojedynkach. Na śmierć i życie.
Wtem, gdy zaczęłam pogrążać się w bezradności, gdy dostawałam zawału, wylewu i palpitacji przyszło moje wybawienie.
Stasia - moja wielokrotnie wspominana na tym blogu przyjaciółka postanowiła zmierzyć się z bydlakiem, tym samym ratując moje życie. Nie wiem o czym myślała, kiedy wstała i pewnym krokiem zaczęła się zbliżać do potwora. Nie wiem, czy w ogóle myślała (co by mnie w sumie nie zdziwiło). Zapewne nie brała pod uwagę niebezpieczeństwa jakie się kryło za tą wielonożną istotą, z której po chwili ostała tylko plama.
W ramach wdzięczności postanowiłam tutaj wspomnieć o jej bohaterskim czynie, tym samym zapewniając jej sławę i szacunek u moich trzech licznych czytelników.





